Powrót na południe 1

Tak mi się trafiło, że na drugie obowiązkowe szkolenie zostałam znów wysłana do Sommières. Na dodatek, wypadało akurat w połowie lipca… Jak więc mogłam nie skorzystać z tak wspaniałej okazji???

Zaraz po tym jak zostałam poinformowana o dacie i miejscu szkolenia, powzięłam decyzję o wzięciu tygodnia wolnego tuż przed szkoleniem, aby zwiedzić południe Francji. Od razu wzięłam się do dzieła, zaczęłam przeglądać wszystkie możliwe strony internetowe w poszukiwaniu miejsc wartych odwiedzenia (i łatwo dostępnych bez samochodu). Aby wycieczka nie odchudziła za bardzo mojego wolontariackiego portfela, zdecydowałam się na wypróbowanie Couchsurfingu.

Co to jest Couchsurfing? Dosłownie „kanapowe surfowanie”. A w praktyce istnieje strona internetowa dla wszystkich szalonych podróżników oraz uprzejmych mieszkańców, chcących ugościć u siebie przybyszy z różnych zakątków świata. Za pośrednictwem tej strony możemy skontaktować się z „couchsurferami” z interesującego nas miejsca, i jak wszystko dobrze pójdzie, nocleg mamy załatwiony! Wszystko jest za darmo, odbywa się bardziej na zasadach wymiany międzyludzkiej, oczywiście drobny prezent by podziękować goszczącej nas osobie nie zaszkodzi 😉 Większość użytkowników zarówno gości jak i podróżuje i jest goszczona, jednak taka obustronność nie jest obowiązkowa. Są na przykład osoby, które nie mają możliwości podróżowania, dlatego przyjemność sprawia im przyjmowanie u siebie wędrowników i słuchanie ich niewiarygodnych historii. Inni zaś w danym momencie nie mają jak udostępnić swojej kanapy (bo na przykład jej nie posiadają…), za to jeżdżą po świecie i śpią u ludzi. Istnieje też możliwość umówienia się na przysłowiową kawę z tubylcami, jest to dobra opcja dla tych, którzy mają ochotę poznać mieszkańców odwiedzanego zakątka, ale wolą przy tym nocować w komfortowym hotelu.

Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że to coś naprawdę wspaniałego, udało mi się już wystąpić w obu rolach i za każdym razem wszystko odbywało się w bardzo sympatycznej atmosferze. Ludzie pokazywali mi najpiękniejsze miejsca w swoich miastach, dzielili się za mną swoim posiłkiem, przyjeżdżali po mnie na dworzec, a przede wszystkim byli bardzo otwarci. Starałam się podchodzić w ten sam sposób podchodzić do mojego gościa, dla mnie był to jakiś sposób odwdzięczenia się tym ludziom.

Wracając na południe. Wycieczkę rozpoczełam od nocnego zwiedzania Nîmes. Miasto nie jest duże, jego główną atrakcję stanowi amfiteatr z czasów rzymskich.

IMGP8952

Mona Lisa i inne

Dzisiaj trochę o paryskich muzeach.

Najsłynniejsze z nich to oczywiście Luwr. Choć kojarzy nam się głównie z nudnymi dziełami sztuki, to myślę, że każdy może znaleźć tu coś dla siebie. Kolekcja muzeum obejmuje pozostałości z czasów starożytnych z krajów takich jak Egipt, Grecja, Rzym czy krainy orientalne, jak również malarstwo z różnych epok czy rzeźby. Oprócz tego można obejrzeć apartamenty Napoleona III, poznać historię Luwru oraz – co dla znudzonych historią może okazać się zbawienne – wystawy tymczasowe, w skład których wchodzą często dzieła współczesne.

Jeśli Waszym marzeniem jest zobaczyć najsłynniejsze dzieło Leonarda da Vinci lub na przykład Nike z Samotraki, polecam Wam wybrać się do Luwru tuż po otwarciu. Ja drogę do Mona Lisy pokonałam w pięć minut i mogłam spokojnie obejrzeć ją z bliska (czyli z jakiś kilku metrów, jesteśmy oddzieleni od obrazu barkierką) oraz pstryknąć obowiązkowe zdjęcie. Godzinę później przy obrazie były już tłumy turystów. Są jednak części Luwru znacznie mniej uczęszczane, przechadzając się po apartamentach Napoleona momentami byłam całkiem sama.

Zwiedzanie Luwru wyczerpuje, po 3 – 4 godzinach nieustannego wpatrywania się w dzieła sztuki byłam naprawdę zmęczona. Potrzeba tam się wybrać co najmniej dwa razy, by móc zobaczyć większość z jego eksponatów, chyba że jest się zainteresowanym tylko niewielką ich częścią o określonej tematyce.

 

 

IMGP9628

Innym znanym muzeum położonym na drugim brzegu Sekwany jest Musée d’Orsay, zawierające w swoich zbiorach dzieła z lat 1848-1918. Założone ono zostało w budynku dawnego dworca kolejowego. Do autorów obrazów, które możemy znaleźć w tym muzeum należą między innymi van Gogh, Monet, Manet, Renoir, Degas czy Cézanne. Muszę przyznać, że często większe wrażenie robią na mnie tabliczki z nazwiskami, o których przecież uczyło się w szkole czy słyszało w telewizji, niż same obrazy. Choć oczywiście geniuszu im nie ujmuję i ja również znalazłam kilka perełek, dzieł, które chwyciły mnie za serce.

Kolejnym punktem na kulturalnym planie Paryża jest Centre Pompidou, w którym znajduje się muzeum sztuki współczesnej. Już sama oryginalna struktura budynku wskazuje na to, że Rubensa, Tycjana czy da Vinciego próżno tu szukać. Kolekacja jest skromniejsza niż we wcześniej omówionych muzeach, za to raczej przystępniejsza i „lżejsza”. Pośród eksponatów znajduje się mnóstwo zdjęć, grafik, są też obrazy Pabla Picassa czy niezwykle nowoczesne projekty mebli.

Odkrywanie Paryża

Temat stolicy Francji poruszę pewnie w niejednym poście, bo jest i o czym pisać.

Jedni to miasto kochają, inni nienawidzą, wszyscy jednak zgodnie przyznają, że trzeba koniecznie zobaczyć Paryż, a najlepiej spędzić w nim trochę dłuższy czas, aby móc w pełni skorzystać z jego atrakcji.

Ja odwiedziłam go już kilkakrotnie i zawsze z radością do niego wracam, odkrywając za każdym razem nowe skarby. Oczywiście wszystko zależy też od towarzystwa i innych okoliczności, dzięki temu każda z moich wizyt w Paryżu była inna. Z koleżanką, sama, ze znajomymi, z innymi wolontariuszami… Kilkudniowe pobyty lub dwu-trzygodzinne zwiedzanie okolicy w oczekiwaniu na pociąg. W zimie, na wiosnę, w deszczu i przy pięknej pogodzie. Zawsze inaczej, zawsze ciekawie.

Pierwszym razem w drodze na szkolenie skorzystaliśmy z przesiadki w Paryżu by zwiedzić w jedną stronę okolice dworca Gare de Lyon, a w drodze powrotnej Katedrę Notre Dame oraz plac Saint Michel ze słynną fontanną. Chyba nigdy nie zapomnę „romantycznego” spaceru z walizką wzdłóż Sekwany z moim tureckim kolegą-wolontariuszem (w oczekiwaniu na przyjazd jego dziewczyny) 😀

Kolejna wizyta była już kilkudniowa, razem z moją niemiecką wspólokatorką postawiłyśmy sobie za zadanie zwiedzić jak najwięcej, i mogę dumnie przyznać, że całkiem nieźle sobie poradziłyśmy. Co najważniejsze, obie byłyśmy zainteresowane podobną turystyką, a mianowicie kierowaniem się intuicją i odczuciami. Plan Paryża miałyśmy ze sobą, ale spoglądałyśmy na nią tylko okazjonalnie, żeby się upewnić, czy za bardzo się nie oddalamy od ciekawych miejsc. Plan dnia również, choć bardzo wiele było w nim miejsca na inwencję twórczą. I tak się przechadzałyśmy od rana do wieczora po całym mieście, wszędzie na piechotę, żeby nie umknął nam żaden interesujący obiekt.

Mówi się, że w Paryżu to tylko turyści, wszędzie pełno ludzi, sami obcokrajowcy. Ja nie podzielam tej opinii. Jasne, że pod wieżą Eiffla to prawdziwych koneserów win i bagietek można policzyć na palcach, podobnie w Luwrze czy na Champs Élysées. Ale oddalając się pięć czy dziesięć minut marszu od głównych atrakcji turystycznych trafiamy na ciche uliczki, na których można minąć wracających z zakupów lub wyprowadzających na spacer psa normalnych mieszkańców tej europejskiej metropolii. Ponadto są i dzielnice, w których ciężko się doszukać turystów czy nawet imigrantów. Gdy trochę przypadkowo, w czasie niedzielnego spaceru „na wyczucie” znalazłam się w dzielnicy Trocadéro-Passy to miałam wrażenie, że dookoła byli tylko rdzenni mieszkańcy tego kraju.

W Paryżu wszędzie bez problemu można dojechać metrem. Niektórzy mają duże kłopoty z orientacją, ale dla mnie jest ono całkiem dobrze zorganizowane i mając stale pod ręką plan metra, moim zdaniem z łatwością można się dostać z jednego końca miasta na drugi. Istnieje też sieć RER, czyli podmiejskich kolejek, z których w obrębie miasta można korzystać używając tego samego biletu, co na linie metra. Kolejka ta kursuje między innymi na lotniska Charles’a de Gaulle’a oraz Orly (linia B) czy do Wersalu (linia C). Podróż z centrum do każdego z tych punktów zajmuje od pół godziny do 50 minut, w zależności od ilości przystanków.

Genialnym udogodnieniem dla młodzieży jest darmowy wstęp do większości muzeów paryskich. Zazwyczaj starczy mieć mniej niż 26 lat i obywatelstwo kraju należącego do Unii Europejskiej by móc za darmo podziwiać bogate zbiory francuskiej stolicy. Procedura zależy od muzeum, w Luwrze czy Musée  d’Orsay nie musimy stać w kolejce po bilety, wystarczy przy wejściu pokazać dowód osobisty lub paszport, zaś Centre Pompidou wymaga od nas pojawienia się przy kasie, gdzie otrzymujemy bilet upoważniający nas do wstępu. Uwaga! – darmowe są tylko wystawy stałe, za wstęp na wszelkie wystawy czasowe trzeba już niestety zapłacić.

Zniżki przysługują także przy wstępie na wieżę Eiffla. Młodzież do 24 roku życia płaci 3,50€ za wejście po schodach (możliwe do drugiego piętra, jeśli nie zależy Wam na zdobyciu szczytu to nie jest to zły pomysł, wchodzi się dość szybko, osoby z lękiem wysokości nie mają się czego bać, bo wszystko jest dobrze zabezpieczone – a co najważniejsze, kolejka do kasy sprzedającej te bilety jest zawsze dużo krótsza), 7,00€ za wjazd windą na drugie piętro, a 13,00€ to cena biletu z wjazdem na szczyt. Cena biletu normalnego jest w każdym z przypadków wyższa o 1,50€. Na wieżę Eiffla trzeba zarezerwować sporo czasu, gdyż najpierw obowiązkowo musimy wystać godzinę lub nawet dłużej w kolejce, a gdy go już w końcu zdobędziemy to niekoniecznie mamy ochotę go opuszczać po pięciominutowym spacerku.

Katedra Notre Dame

IMGP8173

IMGP8167

Łuk Triumfalny

IMGP8623

Bazylika Sacré-Cœur (Najświętszego Serca)

IMGP8618

Moulin Rouge

IMGP8587

IMGP8617

IMGP8615

Ociekający złotem Wersal…

IMGP8520

IMGP8540

Francuska Wielkanoc i inne święta

Trochę z opóźnieniem, ale można założyć, że dalej na temat 😉

We Francji generalnie nie obchodzi się świąt tak tradycjnie jak w Polsce. Ciężko mi je ocenić, bo z jednej strony tak jak i u nas mają bardzo rodzinny wymiar, ale są też niezywkle skomercjalizowane. Bożonarodzeniowe ozdoby i Mikołaje z czekolady były do kupienia już pod koniec września. Na szczęście Wielkanocnych króliczków nie znalazłam w sklepach tak wcześnie – bo wypadłoby to jakoś na początku stycznia. Paryskie jarmarki bożonarodzeniowe rozpoczynają się już na początku listopada i trwają przez to prawie trzy miesiące, czyli aż jedną czwartą roku! Dla mnie to zdecydowanie za długo i niszczy to całą magię. Ale Franuzom to nie przeszkadza, są wręcz rozczarowani, gdy świąteczne przygotowania się opóźniają.

Podczas gdy Boże Narodzenie jest świętem wciąż istotnym w kulturze francuskiej, tak Wielkanoc w wielu domach nie jest w ogóle obchodzona. Jedynym odświętnym akcentem są organizowane dla dzieci poszukiwania czekoladowych jajek w ogrodzie, czasami w bardziej tradycyjnyh rodzinach urządzany jest rodzinny obiad.

Nie jest też popularny zwyczaj wysyłania kartek świątecznych, musiałam się nieźle nachodzić, by znaleźć kartki z jajeczkami, kurczaczkami i innymi wielkanocnymi symbolami. W grudniu było trochę łatwiej, choć w większości były to kartki zawierające jedynie życzenia noworoczne. I na te właśnie kartki natknęłam się jeszcze w połowie lutego…

Swoją drogą, u nas też wysyła się coraz to mniej kartek, co uważam za wielką stratę, a fakt ten uwypuklił się teraz, gdy znajduję się na emigracji. Bo nie ukrywam, że każda otrzymana pocztówka wzbudza we mnie wielką radość i pozostawia dobry humor na długo.

Jest jeszcze jedna tradycja, o której warto wspomnieć. Otóż we Francji pierwszy dzień kwietnia jest również dniem żartów, nie przypomina jednak za bardzo naszego prima aprilis. Tutejsze poisson d’avril (kwietniowa ryba) to dzień, w którym dzieci przyczepiają do pleców rodziny i przyjaciół ryby, wykonane najczęściej własnoręcznie. Ja również taką rybkę otrzymałam, niezbyt dyskretnie założoną, więc i niespodzianki nie było, ale za to dzieci się cieszyły.

Karnawałowy szał

Ten karnawał, który miałam okazję przeżyć, nie ma nic wspólnego z karnawałem  jako okresem zabaw przed wielkim postem. W Vire miał miejsce 5 kwietnia, więc tylko kilka przed Wielkanocą. Skąd wywodzi się ta tradycja nie umiem powiedzieć, nie udało mi się znaleźć na ten temat informacji. Być może jest przeniesiony na późniejszy okres ze względu na korzystniejszą pogodę w kwietniu niż w środku zimy.

A dlaczego pogoda ma takie znaczenie? Bo tu podobnie jak w Rio, karnawał to impreza uliczna. Tyle że bez pań tańczących w skąpych strojach, a z masą dzieciaków z torbami pełnymi konfetti. Założenie tego dnia jest takie, że na głównym placu zbierają się dzieci ze wszystkich okolicznych przedszkoli i szkół podstawowych, obowiązkowo poprzebierane, a następnie ten tęczowy i roześmiany pochód wyrusza ulicami miasta.

IMGP8369

IMGP8373

IMGP8386

IMGP8402

IMGP8397

IMGP8406

Tym razem zwiedzanie Granville

Pod koniec marca często przychodzi do Normandii ładna pogoda, żeby nam narobić smaczka – a po tygodniu szybko znika, pozostawiając po sobie miłe wspomnienia. Nie inaczej było w czasie mojego pobytu w Vire.

Ne weekend zostałam zaproszona przez znajomą starszą panią oraz jej męża na wycieczkę do nadmorskiego Granville oraz na połów małży. Uwielbiam morze, a pogoda była cudowna, koło 20 stopni i słońce, więc bez chwili wahania zgodziłam się na wypad. I nie było czego żałować, Granville to miejsce, które koniecznie trzeba odwiedzić zwiedzając Dolną Normandię. Ja wróciłam do niego kilkakrotnie, za każdym razem odkrywając coś innego.

Naszą wycieczkę zaczęliśmy od ogródu Christiana Diora, za opłatą  można też zwiedzić jego dom. Teren nie jest wielki, ale ciekawie zagospodarowany, przyjemnie w nim spędzić czas szczególnie poza sezonem, gdy jest cicho i spokojnie i można napawać się magią miejsca. Rozciąga się stamtąd niesamowity widok na wybrzeże, przy dobrej widoczności można dojrzeć nawet słynne Mont Saint Michel, o którym opowiem za jakiś czas.

Trzeba też koniecznie przejść się po starym mieście (Haute Ville – Wysokie Miasto) położonym na skałach, z przyjemnymi wąskimi uliczkami oraz obejść cały cypel, na którym położone jest miasto. Nie polecam jednak przy brzydkiej pogodzie, szczególnie, gdy jest wietrznie, ponieważ można – i to dosłownie – stracić głowę (lub co najmniej kapelusz/czapkę).

Jestem fanką ciszy i spokoju, zazwyczaj nie podoba mi się w miejscach wypełnionych turystami. W Granville nawet w majowy długi weekend nie było tłumów, choć miasteczko jest dobrze znane we Francji. Gdy zeszłam na plażę tuż pod centrum, pod skałami, żeby skorzystać z pierwszych prawdziwie letnich promieni słonecznych, spotkałam tylko kilka osób, a w południe i oni zniknęli, bo tutaj to święta pora obiadowa.

Występują tu też duże pływy, pozwalające miłośnikom małży i wszelkich innych skrupiaków na ich własnoręczny połów. Gustując raczej w wegetariańskich potrawach, nie bardzo dałam się poddać morskiemu szałowi, zamiast tego wykorzystałam czas na spacer i robienie zdjęć oraz oczywiście wnikliwą obserwację specjalistów od połowu – tak naprawdę trzeba szukać miejsc, w których być może skorupiaki się zakopały, a następnie trochę na chybił-trafił odkopywać je z piasku. Zajęcie przyciągające głównie ludzi starszych, w większości na emeryturze.

Zbieranie małż w moim wydaniu – czyli  zabawy z aparatem

IMGP8192

IMGP8181

A tak to wyglądało naprawdę…

IMGP8182

Zdjęcia Granville zrobione w maju:

IMGP8636

IMGP8638

IMGP8630

I podczas odpływu…

IMGP8656

IMGP8661

IMGP8660

Kolejne przemiłe spotkanie, tym razem na południu Francji

W ramach wolontariatu europejskiego każdy wolontariusz odbywający projekt długoterminowy jest zaproszony na dwa szkolenia: tak zwane on-arrival training (séminaire à l’arrivée) oraz mid-term evaluation (séminaire à mi-parcours), zbierających wszystkich wolontariuszy znajdujących się w tym samym państwie. Ich wspólnym celem jest nawiązywanie kontaktów i wymiana doświadczeń między wolontariuszami, poza tym dowiadujemy się na nich wielu praktycznych rzeczy na temat naszego kraju goszczącego oraz zasad programu EVS.

Moje pierwsze szkolenie odbyło się dopiero 1,5 miesiąca po moim przyjeździe, czyli dość późno. Przez to trochę się nudziłam, gdy omawialiśmy kwestie formalne – pozostali uczestnicy mieli mnóstwo pytań, a ja wszystkiego zdążyłam się dowiedzieć w Normandii. Podobnie, gdy rozmawialiśmy o problemach, które przydarzają się wolontariuszom i możliwych rozwiązaniach – ja zdawałam już sobie sprawę, że większość z tych problemów dla mnie nigdy nie będzie istnieć. Bo przecież mieszkając z dwójką innych wolontariuszy oraz mając też parę innych znajomości wiedziałam, że samotność mi nie groziła, MJC proponowało mi przeróżne zajęcia, od przygotowywania wystawy o Polsce i moim rodzinnym mieście, pracy z dziećmi, po nagrywanie audycji dla radia młodzieżowego, więc problem niewystarczającej ilości pracy był mi zdecydowanie obcy, widziałam też, że bardzo dbają o to, czy zajęcia nam odpowiadają, pilnowano też, abyśmy nie przekraczali czasu pracy, więc kłopotów z nadmiarem obowiązków również się nie spodziewałam.

Ale i tak nie powinnam narzekać, 5-dniowe szkolenie miało miejsce na południu Francji, w Sommières, prześlicznym miasteczku położonym w okolicach Nîmes. Choć marcowa pogoda nas trochę rozczarowała, bo nie zostaliśmy tam pięknego słońca i upałów (prawdę mówiąc, było niewiele cieplej niż w Normandii…), to i tak wyjazd był bardzo udany. Większość czasu upłynęła nam na zabawie i rozmowach, po raz pierwszy tak naprawdę miałam okazję mówić aż tyle po francusku, chyba dlatego, że wszystkim nam sprawiało to jakieś trudności, więc łatwiej było się odważyć. Nasza grupa składała się z trzech osób z Hiszpanii, Słowenki, Czecha, Szweda, Niemki, francuskojęzycznej dziewczyny z Belgii, mieszkającego ze mną w Vire Turka Onur oraz dzielącej ze mną pokój Kateriny z Macedonii, będącej na wolontariacie w Caen, stolicy Dolnej Normandii.

Były też i zabawne sytuacje, jak na przykład wypad do baru w czwartkowy wieczór… który skończył się półgodzinnym obchodem niewielkiej miejscowości i powrotem do hotelu – wszystkie bary i restauracje były zamnkięte w oczekiwaniu na sezon letni.

Na sobotę, dzień tarowy w Sommières, organizatorzy szkolenia przygotowali dla nas ciekawe zadanie. Zostaliśmy podzieleni na trzyosobowe grupy (pozdrowienia dla Marty z Hiszpanii i Jany ze Słowacji!), każda z grup dostała 5 Euro, jedno jabłko oraz krótką intstrukcję – należało zdobyć jak najwięcej lokalnych produktów na wieczorny aperitif. Jako trzy dziewczyny nie miałyśmy zbytnich problemów z przekonaniem sprzedawców do wymiany lub ustalenia korzystnych cen. Jedynie w jednym ze sklepów spotkałyśmy się z nieprzyjemną odpowiedzią, sprzedawca nie chciał przyjąć jabłka w zamian za sałatę, i jakby tego było mało, to zaczął nam tłumaczyć, jak mało takie jabłko jest warte, a sałata taka porządna itd… Ostatecznie jednak wróciłyśmy do hotelu z całą siatką pełną pysznych i wspaniale pachnących zdobyczy, z których byłyśmy niesamowicie dumne.

Muszę też wspomnieć, że po raz pierwszy miałam okazję jechać TGV. Trzeba przyznać, że wynalazek całkiem niezły, drogę z Paryża na południe przebyliśmy w trzy godziny. Szkoda tylko, że nie ma się odczucia prędkości tak jak na przykład w samolocie przy starcie, ten moment uwielbiam najbardziej. W TGV w ogóle nie czuć, że mknie się 300 km/h, różnica jest dopiero zauważalna, gdy przesiądzie się potem w zwykły pociąg. Wtedy nawet jazda 150 km/h wydaje się niezwykle wolna… Szczególnie, że dużo krótszy odcinek Paryż-Vire pokonuje się w około 2 godziny 35 minut, czyli podobnie, jak podróż na południe.